FB pinterest email

7 października 2013

Tata jak zawsze ten gorszy...

Od dawna za mną chodzi taka notka poświęcona tylko tatusiom. Jakoś nie mogłam się za nią zabrać odpowiednio. Nie bardzo wiedziałam z której strony ten temat ugryźć. No i tak sobie leżała notka odłogiem, w zakamarkach głowy.
Trafiłam jednak na blog Mamy Prezesa. Poczytałam o akcji, która teraz ma miejsce, o tym, jak bardzo dyskryminuje się w naszym kraju prawa ojców. Temat mnie zbulwersował, lekko powiem. O szczegółach całego tematu możecie poczytać sobie zarówno na stronie TU.
Mi jednak po głowie chodzi trochę inna myśl. Dlaczego Matki mają większe prawa?
Bo urodziły dane dziecko? Trochę to chore. Ci biedni ojcowie są dyskryminowani w zasadzie już od początku ciąży. Kiedy tego dziecka jeszcze tak na dobrą sprawę nie ma na świecie. Rozumiem, że natura tak nas stworzyła, a nie inaczej, ale dajmy szansę naszym mężczyznom wczuć się w rolę ojca od początku. Tak jak my, kobiety, matkami czujemy się od momentu kiedy na teście zobaczmy dwie różowe kreseczki, tak ojciec (niestety) ma prawo być ojcem dopiero kiedy to dziecko brzuch matczyny opuści. Dlaczego, ja się pytam? Same doprowadzamy do tego, że naszych mężczyzn odsuwamy na bok. Najpierw mamy do nich pretensje, że nie interesują się wyprawką i porodem, a jak przyjdzie co do czego, to wybacz tatusiu, ale poradzę sobie sama z moim dzieckiem. Otóż to TWOJE dziecko, czy tego chcesz czy nie, jest WASZE. I nawet sam Diabeł tego faktu nie zmieni.
Drogie Mamy, powiedzmy sobie szczerze, ile razy z duszą na ramieniu wychodziłyśmy do koleżanki, czy do pracy, i zostawiałyśmy dziecko/dzieci z mężem/partnerem?
Ile razy chciałyśmy sięgnąć po telefon i dzwonić nawet co pięć minut by dowiedzieć się czy przypadkiem ojciec nie utopił naszej pociechy w przysłowiowej łyżce zupy. O ile w ogóle tą zupę podał na obiad.
Zaufajmy naszym mężom. Oni wbrew pozorom równie dobrze opiekują się dziećmi, co my. Prawdą jest że aby wszystkiego się nauczyć potrzebują odrobinę więcej czasu, ale przekłada się to wszystko w niewiarygodną precyzję.
Potwierdzam, że również bałam się pierwszych samotnych chwil mojego męża z dzieckiem. Jak każda matka. Na nasze nieszczęście pierwsze samodzielne spotkanie z synem, mój mąż odbył w szpitalu (a jak wiadomo, mury tego miejsca nie bardzo sprzyjają dogrywaniu się i uczeniu), podczas leczenia intensywnych wymiotów młodego. Nie było to udane podejście, bo stres zjadł obu panów, ale już tydzień później, kiedy mąż pooddychał, swój sprawdzian z ojcostwa zaliczył celująco. Dziś mamy dwóch synów i zostaje z obojgiem bez narzekania. Sprawnie przewija młodego, karmi, zmienia pieluchy, zabawia dziwnymi rozmówkami. Starszak też z tatusiem nie narzeka na nudę. Czasem Bobi twierdzi, że bardziej kocha tatę niż mamę, ale nie mam mu tego za złe.
W końcu „Tata, to pierwszy bohater naszych synów. Tata to pierwsza miłośc naszych córek.”.
Nie odbierajmy tym Bohaterom możliwości opieki nad naszym największym skarbem.
Nie odbierajmy dziecku kompana do zabaw, wzoru do naśladowania.

Tak mnie wzięło na wspominki. I oto kolejne zdjęcia z naszej sesji u pani Joanny. Z Tatą!


6 października 2013

Mówimy NIE! plagiatom.

Co to takiego plagiat? Jak głosi Wikipedia, jest to "skopiowanie cudzej pracy/pomysłu (lub jej części) i przedstawienie pod własnym nazwiskiem. Splagiatowaną pracą może być np. obraz, grafika, fotografia, odkrycie, piosenka, wiersz, wynalazek, praca magisterska, praca doktorska, publikacja naukowa."
Skąd pomysł na taki post?
Włączam się w akcję Makóweczki. Bezwiednie przywłaszczono sobie jej zdjęcia i wykorzystano na jednej ze stron. BEZCZELNOŚĆ MÓWIĘ!
Sama nie chciałabym kiedyś zobaczyc swoich dzieci na kwejku czy demotywatorach, dlatego popieram akcję i podpisuję się pod nią obiema łapkami.

1 października 2013

Bajka bajce nierówna

Bajka - jak głoszą wszelkie słowniki polskie - powinna być krótka i zawierać morał. Czy w dzisiejszych czasach istnieją jeszcze bajki z morałem? Czy nasze dzieci potrafią w ogóle doceniać bajkę?
Dzisiaj, kiedy kanałów w telewizorze jest więcej niż przycisków na pilocie, a my tak naprawdę nie wiemy co mamy oglądać, często zastanawiam się nad jakością tego co oglądamy. Ile razy włączamy jakiś kanał i oglądamy, tylko dlatego, by zabić nudę. Telewizja nie jest już źródłem powszechnej informacji i rozrywką. Jest zwyczajnym przerywnikiem w wykonywanych czynnościach. Codziennością. A nawet kompanem w trakcie posiłków.
Pamiętam czasy swojego dzieciństwa, kiedy to rodzice kazali mi być wykąpaną na godzinę dziewiętnastą, bo obowiązkowo przed spaniem zaliczałam "Dobranockę". Po niej oczywiście marsz do spania. A niedawno czytałam, że czasy świetności tego programu się już skończyły i Telewizja Polska rozważa ściągnięcie go z anteny. Z badań wynikało jasno, że "Dobranockę" oglądają w większości LUDZIE STARSI!
Co jest tego przyczyną?
Chyba nie trudno się domyślić.
Wystarczy kliknąć pilotem i przeskoczyć kilka kanałów i na zawołanie na wielkich, płaskich ekranach pojawiają się programy, gdzie bajki dostępne są nawet przez całą dobę. Nie wypieram się, że nie włączam takich programów swojemu synowi. O, nie. Często ratują mój matczyny tyłek, kiedy młodszy syn woła o uwagę. Lub kiedy to zwyczajnie chcę mieć chwilę ciszy by chociażby napisać nową notkę na blogu. Staram się jednak całkowicie (póki mam władzę nad pilotem!) kontrolować to, co ogląda Bobi. Nie ma nowy o strzelaninach, bajkach z potworami, czy mangami. Ogląda takie bajki, jakie są na jego etapie rozwoju. Uczące czegoś. Chociażby kolorów, kształtów, czy nawet angielskiego czy chińskiego.
Najbardziej mój niepokój rośnie z myślą o jakości puszczanych w telewizji bajek.
Gdzie ten morał w bajkach o robotach?
Gdzie bajki o Tomie & Jerrym?
Wszystkie bajki z moich czasów, zostały brutalnie zastąpione komputerowymi kreskówkami. Niejednokrotnie japońskimi mangami. Strach pomyśleć, co potem siedzi w głowach naszych dzieci po ich obejrzeniu. Nie dziwię się, że niejednokrotnie psychologowie winią bajki za zły rozwój psychologiczny naszych maluchów. Kiedy widzi się bijące się dla zabawy (dla rozrywki ludzi) zwierzaki, dojść można do wniosków, że świat staje na głowie. A potem nasze pociechy na placach zabaw robią sobie niezliczone pola bitwy, biegają z mieczami świetlnymi i strzelają z gigantycznych pistoletów.
Tak, przeszkadza mi to, bo uważam, że są o wiele ambitniejsze zabawki niż broń. Nie mam zamiaru kupować - w najdrobniejszych szczegółach odwzorowanych - maszyn do zabijania.
Jak tu nauczyć dziecko co jest dobre, a co złe, kiedy wszędzie dokoła widzi przemoc i strzelanie? Przecież nie tak rozwiązuje się konflikty.
Martwię się przyszłym edukowaniem moich synów. Nie chcę by oglądali te puste kreskówki. Boję się, że tego jednak nie uniknę. Przecież będą je oglądali ich rówieśnicy. Oni nie będą chcieli być gorsi. W końcu odstawanie od grupy, to coś, czego nie chce żadne dziecko.
Mam mętlik w głowie.
Czekam niestety aż rozwiązanie spłynie na mnie niespodziewanie z nieba. Cicho na to liczę.

A kiedy możemy cieszymy się spacerami w rodzinnym gronie:



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...